© 2016 by Anna Dymek animal communicator.

 Proudly created with Wix.com

Artykuł - Świat Koni czerwiec 2015

 Usłyszeć coś więcej​

Iga Gierblinska

fot. Anita Oblicka

Zamiast wizytówek, daje ulotkę ze zdjęciem wpatrującego się w ciebie psa.

Przy czworonogu komiksowy dymek z pytaniem: czy naprawdę mnie słyszysz?

 

Zgłaszają się do niej ci właściciele zwierząt, w tym także koni, którzy znaleźli się w trudnym momencie życia

ze swoim podopiecznym, którzy uznali, że medycyna nie pomaga w leczeniu,

 

którzy borykają się z problemami behawioralnymi u zwierząt, którzy są ciekawi jej umiejętności. 

Animal communicator – tak przedstawiałaby się, gdyby pracowała za granicą.

 

W Polsce nie ma odpowiednika, którego może użyć, dlatego nie tak prosto wyjaśnić,

 

czym zajmuje się Anna Dymek. 

 

*

Anna z właścicielką konia weszły na padok.

Koń jadł siano stojąc zwrócony tyłem. Nie był zainteresowany wizytą.

Anna powiedziała, że nie może go usłyszeć, że chora noga konia, która według weterynarzy

powinna być leczona w klinice i która jest powodem wizyty Anny,

nie jest przyczyną tej obojętności i nie ona jest źródłem problemów.

- Czy to twój koń?- zapytała, co wydało się właścicielce absurdalne.

- Oczywiście, że mój, odpowiedziała. 

- Czy to na pewno twój koń?- dopytywała. Jest odwrócony od życia i od Ciebie.

- Czy w papierach to twój koń?

- Nie, w paszporcie należy do pierwszego właściciela, a według umowy, sporządzonej odręcznie

  podczas zakupu, należy do pośrednika.

- I dlatego to nie jest twój koń, a jego energia życiowa dzieli się na te dwie osoby- wyjaśniła.

Anna oceniła jego energię na 30%. W największej części pośrednik zajmował jego witalność,

żerował na nim. Co więcej, ów pośrednik był bolesnym tematem dla obecnej właścicielki,

bo wiązała się z nim nieprzyjemna historia końca przyjaźni. Anna powiedziała,

że koń jest lustrem dla człowieka i że to odwrócenie od życia, to obraz tego,

co się dzieje z właścicielką. Historia wiążąca ją z pośrednikiem ciążyła na niej jak ogromny głaz.

Anna nie znała jej, ale usłyszała ją na padoku ze szczegółami, poczuła,

że tu musi być coś wypowiedziane na głos, że trzeba podziękować drugiej osobie za to,

co dla nich zrobiła, jakie przykre by to nie było.

Wypowiadając słowa wdzięczności, kiedy z wielką ulgą właścicielka ocierała łzy,

koń podszedł do Anny, stanął przed nią „nos w nos” i bardzo ciężko westchnął.

Jemu również ulżyło. 

Anna powiedziała, że w jej odczuciu klinika nie jest potrzeba i zasugerowała inną metodę leczenia.

Dalsza część wizyty stanowiły ustalenia, dotyczące metod leczenia i roli,

jaką ten  koń chce w życiu odgrywać. On potrzebuje wyzwań, pracy z człowiekiem,

nie odpoczynku od chorób, powiedziała Anna. Pierwsze, co zrobiła właścicielka,

to przerejestrowała konia na siebie i wyrównała dług u pośrednika.

Potem podjęła się zaleconych metod leczenia, które przyniosły efekt, kulawizna minęła

i stan zapalny również. 

 

**

Jak przedstawić cię czytelnikom? Wspomniałaś, że nie znajdujesz w języku polskim odpowiedniego określenia,

odpowiednika animal communicator. Kimś takim jest na przykład Margrit Coates,

 

która wydała kilka książek na ten temat, pracuje ze zwierzętami i która je słyszy. 
 

Anna Dymek: Przetłumaczenie animal communicator brzmi okropnie, więc przedstawiam się 

jako osoba, która pomaga zrozumieć zwierzęta. Nie mieszczę się w pudełku Animal Komunikatora,

 

bliżej mi do Spiritual Catalist ( Katalista Duchowy. Katalista: uruchamiający zmianę ), ale ta nazwa też brzmi 

 

dziwacznie w naszym ojczystym języku, więc z niej nie korzystam i czekam na właściwe słowo,

 

które pomieści wszystko to czym jestem.

 

Nie jestem też behawiorystą, z tej dziedziny wiem niewiele, ale w swojej pracy bardzo często

 

słyszę od ludzi, że moje uwagi pokrywają się z uwagami tych specjalistów. 


Kiedy zrozumiałaś, że możesz zajmować się w życiu taką pracą ze zwierzętami?


Od dziecka doświadczałam przeróżnych stanów tzw. „poszerzonej świadomości”, min. przez lata regularnie

wychodziłam poza ciało doświadczając OBE ( Out of Body Experience - eksploracji rzeczywistości poza ciałem ).

To była moja szkoła rozpoznania. Tego co jasne, tego co ciemne. Tego co pomiędzy.

Szkołą umiejętność spotkania się z esencją danej istoty, z jej rdzeniem. 

Po latach, będąc już dorosłą osobą i czytając opracowania np. na temat praktyk głębokiej medytacji

czy praktyk szamańskich, uświadamiałam sobie, że te stany i to, co podczas nich przeżywałam,

nie jest niczym nieznanym. Oswoiłam się z tym, że to jest moją naturalną umiejętnością.

Przez lata zajmowałam się też szeroko rozumianym rozwojem duchowym, poznając rozmaite praktyki i metody,

 

robiąc gruntowne porządki sama ze sobą. Któregoś dnia znajoma pożyczyła mi cieniutką książkę

 

pewnej mało znanej angielskiej animal komunikatorki. Ta książka była o mnie.

 

" Przecież ja już to robię" pomyślałam z zaskoczeniem. To było wielkie odkrycie, które dało mi impuls do tego,

 

żeby iść dalej.

Każde zwierzę możesz usłyszeć?

 

Mogę nawet nie znać jego gatunku. Do mnie mówi istota zamknięta w ciele danego zwierzęcia.

 

A kiedy ją słyszę, to tak jakby zalewała mnie fala odczuć, dźwięków, smaku, zapachu, wrażeń.

Każdy z nas jest i nadajnikiem i odbiornikiem w stosunku do drugiej osoby czy do zwierząt

 

i u mnie pokrętło od częstotliwości jest bardziej podkręcone, niż u statystycznego Kowalskiego. 


W takim razie, jak znosisz podróż zatłoczonym metrem?


Mam ograniczoną tolerancję, którą mogę przeznaczyć na przebywanie w zatłoczonych miejscach,

 

gdzie się dużo dzieje.

 

Mogę ściszyć ten wewnętrzny odbiornik, ale nigdy wyłączyć.

 

Zazwyczaj nie zgadzam się, żeby w sesjach, które przeprowadzam, brały udział osoby trzecie,

 

nie związane z rodziną klienta, właśnie dlatego, że wchodząc w pole naszej pracy, moje,

 

zwierzęcia i jego właściciela, dodatkowa osoba zaburza odbiór.

 

Te sesje bardzo często są  intymne, dotyczące fundamentu naszych relacji, pragnień, przeznaczenia, powodów,

 

dla których dany zwierzak pojawił się w naszym życiu i tego, co chce nam powiedzieć. 

 

Jak nauczyłaś się bycia tym swoistym „tłumaczem”?


Kiedyś mój ukochany kot Miłosz, zniknął na kilka dni. Wylałam morze łez. Zbliżała się zima,

 

więc spróbowałam zapytać go czy nie jest mu zimno. Dostałam od niego odpowiedź: 

"Tak, ale nie tak jak myślisz".

Wrócił po ośmiu dniach, w doskonałej formie, cały zadowolony. 

To doświadczenie dobitnie mi pokazało, że każdy gatunek postrzega rzeczywistość w inny sposób.

Ich świat doznań jest zupełnie inny od naszego. Musiałam nauczyć się właściwie zadawać pytania, żeby móc,

najlepiej jak to jest możliwe, przetłumaczyć ze zwierzęcego na ludzki. 

Miłosz, był moim największym nauczycielem.

 

Czy coś zaskoczyło cię w tym zwierzęcym świecie doznań?

Najbardziej porusza mnie podejście zwierząt do tematu narodzin i śmierci oraz do tematu więzi rodzinnych.

 

Te pierwsze jest zaskakująco proste i nieskomplikowane, a drugie niesłychanie głębokie i silne.

Nam się może wydawać, że można juz spokojnie odsadzić dane źrebię, a ono czasem potrzebuje jeszcze kilku

dni, czasem tygodni żeby rozstać się z matką. 

To samo dotyczy wyjazdów na zawody, zmian stajni. Tak, konie wiedzą o zmianach wcześniej, bo świetnie czytają

 

nasze pole myśli i odczuć i my nic nie musimy mówić. Nie zmienia to faktu, że przed jakimś wydarzeniem

 

dobrze jest opisać koniowi, w myślach czy na głos, dokąd jedzie, kiedy, co tam się będzie działo, na jak długo.

To mu pozwoli lepiej się przygotować do zmiany.


Pracowałaś jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt. Co ci to dało?

Przede wszystkim mogłam zweryfikować swoje umiejętności.

Bardzo szybko mogłam zobaczyć czy moje odczucia na temat danego zwierzaka są obiektywne i trafne,

czy może "projektuję" na niego swoje widzimisię i w efekcie tracę kontakt z jego istotą.

To trudne miejsce, szybko uczy pokory i szacunku do czyjejś drogi - jaka by ona nie była.


Spotkałam tam wiele zwierząt, które dokładnie wiedziały dlaczego tam trafiły

 

i czego chciały tam doświadczyć. Spotkałam m.in. psa, który spędził tam osiem lat.

 

Przez ten czas wiele osób chciało go zaadoptować, ale jakimś dziwnym trafem w ostatniej chwili

 

nie dochodziło do adopcji. Zapytałam go, czego doświadcza w schronisku. Powiedział mi, że samotności.

 

Sprawdzałam parametry tego doświadczenia, na ile on je wypełnił i co jakiś czas go monitorowałam.

 

Kiedy go poznałam było to niewiele ponad 50%.

 

Kiedy po dwóch latach osiągnęło 98%, w ciągu tygodnia znalazł świetny dom.

 

Ta istota, która była w tym psie, bardzo dobrze wiedziała, że nie ma dla niej lepszego miejsca we wszechświecie,

 

w którym mogłaby doświadczyć tego, czego potrzebowała, czyli samotności.

 

Po co mu było to doświadczenie?

To już tylko on sam wie. 

Spotykam wiele zwierząt, których poziom świadomości przekracza poziom świadomości ich właścicieli

a czasem i mnie samej. Współistnieją tu z nami jako nasi pomocnicy lub opiekunowie, bywa, że są tu

 

ze zwykłej ciekawości tego zakątka wszechświata.

 

Nie postrzegam zwierząt jako istot podrzędnych nam ludziom.

Jesteśmy sobie równi. Tak to widzę.
 

Mówisz, że mierzysz parametry...


Tak, jak lekarz mierzy parametry życiowe, ja mierzę, odczuwam poziom energii życiowej, u zwierzęcia,

poziom świadomości, gotowość na zmiany, jego kontakt z rzeczywistością, ze swoim ciałem.

 

Bardzo trudno się pracuje z koniem, który ma słaby kontakt ze sobą i z ciałem – a jak jego jeździec 

również nie ma tego kontaktu, to jest po prostu recepta na istną tragedię.

 

Pytania są zawsze podobne: dlaczego tak jest? Czego nie chcesz poczuć? Co ci odbiera witalność?

 

Co się dzieje takiego, że się samoistnie nie regenerujesz – przecież wszyscy mamy do tego zdolność. 

Zasilamy się wszystkimi żywiołami, a nie tylko kaloriami i substancjami odżywczymi.

Bardzo wiele czynników ma wpływ na to "jak się mamy", oczywiste typu życie prenatalne, traumy, więzi energetyczne,

ale i też te, o których zdarza się nam zapomnieć: wpływ myśli właściciela czy otoczenia, w którym zwierzę przebywa.

 

Jeśli koń stoi w boksie non stop z wyjątkiem godzinnych treningów, i nie ma możliwości swobodnego

 

zresetowania się, oczyszczenia swojego pola, będzie zużywał swoje rezerwy energetyczne

 

– a one nie są odnawialne.

 

My ludzie, w dzisiejszych czasach, jesteśmy bardzo odcięci od ziemi, żyjemy w ciągłym jazgocie myśli, emocji,

 

sprzętu elektrycznego, to bardzo wpływa na nas i na nasze zwierzęta. 


Czy można powiedzieć, że zajmujesz się uzdrawianiem zwierząt?


Nie. One uzdrawiają się samoistnie. Wystarczy im pokazać jak. Wystarczy im przypomnieć.

 

Moją główną rolą jest odkrycie kart i pokazanie, kto jakimi kartami gra. I w co gra.

 

Właściwie zawsze jest tak, że te karty u ludzi i u zwierząt są te same, lub bardzo podobne.

Zwierzę jest odbiciem różnych części nas, naszego związku, naszej rodziny, naszych lęków, potrzeb.

 

To lustro w nich bierze się czasami stąd, że paradoksalnie zwierzęta są bliżej nas niż nasi życiowi partnerzy.

 

Nasze pola energetyczne się nachodzą, zlewają i tak, upodabniamy się do siebie.

Iluzją jest przekonanie, że to, co się dzieje z moim zwierzęciem jest wyłącznie jego problemem.

Czy chcemy tego czy nie, jesteśmy ze sobą połączeni na wielu płaszczyznach.

W swojej pracy namawiam i ludzi do wzięcia odpowiedzialności za siebie. Za swoje myśli, emocje i przekonania, 

 

które projektują na własne zwierzęta. 

Pamiętam odpowiedź pewnego psa, który był nieznośny. 

Wlaściciel bardzo narzekał, że pies się nie słucha i że wciąż musi być w centrum uwagi. 

Spytałam psa, dlaczego taki jest. Odpowiedział rozbrajająco: “Bo mogę”.

 

Olśniło mnie, że to właściciel ma ogromną potrzebę bycia zauważonym i podświadomie jest mu bardzo na rękę, 

że ma psa, na którego wszyscy zwracają uwagę, bo dzięki temu także zwracają uwagę na niego.


Nie zajmujesz się uzdrawianiem, ale czy po twoich wizytach, ingerencjach, zdarzyło się, 

 

że zwierzęta odzyskiwały lepszą formę?


Jest tak w większości przypadków. Zasiewam ziarnko, które kiełkuje. Nie przychodzę do klientów z założeniem,

 

że coś zmienię w ich relacji ze zwierzęciem, tylko, że uświadomię co się w niej dzieje teraz.

 

To uruchamia proces zmiany.

Jaki będzie efekt? Niewiadomo, bo zarówno dla zwierzęcia, jak i dla człowieka w czasie tych spotkań

otwiera się pewna przestrzeń, w której mogą poczuć swój potencjał, możliwości, to kim są, kim chcą być.

 

Podam inny przykład. Pewna kobieta miała kotkę, która mimo, że nigdy nie doświadczyła krzywdy, 

 

prawie nie pozwalała się dotykać. Miała ją od czterech lat.

 

Kotka mi powiedziała, że niczego jej tak nie brakuje jak ziemi i słońca. Żadna inna karma, żadne kocięta,

nic z tych rzeczy.

 

Pod wpływem tej sesji, kobieta wyprowadziła się do miejsca,

 

w którym kotka miała na wyciągnięcie łapy i ziemię i słońce.

 

Po tygodniu dostałam wiadomość:

“Przez całe jej życie nie wygłaskam jej tyle co jednego poranka. Nigdy nie podchodziła tak blisko. (…)

Teraz kładzie się tuż przy mnie i czeka na głaskanie po brzuszku (..). Śpi tuz przy mnie”.

Życie tej kobiety też się zaczęło diametralnie zmieniać, na takie, o którym zawsze marzyła.


A jednak ludzie dzwonią do ciebie również po to, żebyś spojrzała a to na chory grzbiet,

 

a to na chorą nogę u konia...


Choroby fizyczne są wynikiem tego, co wydarzyło się na innych poziomach

 

– np. w ciele emocjonalnym, mentalnym.

 

Choroba fizyczna jest ostatnim etapem, dowodem na zaniedbanie swojego komfortu psychicznego, energetycznego.

Medycyna chińska ze swoimi założeniami jest bliska temu rozumieniu.

 

Nie zastępuję weterynarza, ale pomagam zobaczyć sytuację z innej perspektywy.

Moim zadaniem jest dotarcie do pierwotnej przyczyny problemu.

 

Jeśli uleczy się pierwotną przyczynę złamania ducha, to problem się rozpłynie.

 

Staram się patrzeć na sytuację z jak najszerszej perspektywy, nie skupiając się na chorobie

 

czy problemie behawioralnym, ale docierając do tego, co daną istotę najbardziej osłabiło lub osłabia

 

i czy ma gotowość na uzdrowienie tego obszaru. Nie zawsze chęć do zmiany jest taka oczywista.

 

W tej chwili jest mnóstwo specjalistów od budowania relacji z koniem,

 

w których pod lupę bierze się komunikację człowieka i konia... 


Metoda pracy nie ma znaczenia. Można robić koniowi krzywdę przy pomocy niewinnego kantarka,

 

a można mieć niesamowite, głębokie i piękne porozumienie z koniem, używając z rozsądkiem munsztuka, ostróg

 

i biorąc udział w wysokich konkursach. Jest takie przekonanie, że żeby wszystko było harmonijne między koniem

 

a jeźdźcem, konie muszą być wolne, jeść trawę na łące i nic więcej nie robić.

 

A przecież każda istota ma swoje potrzeby.

 

Wiele koni chce się spełniać w sporcie, a ich męką jest to, że nie wychodzą poza rekreację.

 

Znam konie pchane do sportu, które mają naturę filozofa.

 

Nie da się żadnymi metodami treningowymi zmienić natury konia, przekierować jej na inny tor.

 

Często spotykam konie, które nie są wykorzystane zgodnie z ich potencjałem i tu czuję się przydatna,

 

bo mogę ten potencjał określić. 

 

Czy zdarzyło ci się, że koń, do którego pojechałaś, nie pozwolił ci na komunikację? 

Tak. Zdarza się, że zwierzę boi się, że właściciel wykorzysta podane mu informacje przeciwko niemu.

 

W takich sytuacjach szanuję jego wolę i milczę na dany temat.

 

Bywa też tak, że zwierzę nie chce rozmawiać, bo odpowiedź na pytanie jest dla niego zbyt trudna lub bolesna.

Pamiętam też pewną bardzo trudną w obejściu klacz. Próbowałam z różnych stron nawiązać z nią kontakt.

 

Zero odbioru, prócz powierzchownego zarysu sytuacji.

 

Wracając z pastwiska podszedł do nas stary, siwy koń, od którego usłyszałam: “mogę być przydatny”.

 

Nie zrozumiałam go w pierwszej chwili. Sądziłam, że ten wiekowy koń, mówiąc, że może być przydatny,

ma na myśli chęć do pracy w ogóle. Ale wracając do domu zdałam sobie sprawę,

 

że mówił o pomocy w porozumieniu się z tym

 

koniem, do którego przyjechałam. Skontaktowałam się z nim jeszcze raz i za pomocą odczuć i obrazów,

 

opisał sytuację tamtej klaczy, która jako źrebię była świadkiem, jak człowiek dręczył jej matkę,

 

a ona nie mogła jej pomóc i żaden z koni w stadzie też jej nie pomógł.

 

Narodziła się u niej ogromna pogarda do ludzi i innych koni. 

Trudno się z takim przekonaniem pracuje, szczególnie, że dotyczyło ono i właściciela.

Zapewne dużo rozmawiasz ze swoimi zwierzętami?

Przeciwnie, najczęściej z nimi milczę, delektując się cichą jakością tego spotkania.

 

Mam zaskakująco mało pytań do swoich zwierząt. Nawet jeśli się krótko znamy.


Jakie są twoje osobiste relacje z nimi?


Mam dosyć zwyczajne relacje ze swoimi zwierzętami, choć bardzo głębokie.

 

Kiedy pojawiają się uczucia i emocje tracimy swoją obiektywność i dzięki temu, ja też mogę po prostu być 

zwyczajnym ludzkim opiekunem, moich nadzwyczajnych zwierząt.